W wieku dwudziestu pięciu lat zaczęłam się sypać, jakby zegar biologiczny zwariował. Gdyby nie korporacyjny pakiet medyczny, z którego już wtedy miałam przywiliej korzystać, nie robiłabym chyba nic innego, poza staniem w kolejkach do lekarza.

Zaczęło się od perypetii z układem pokarmowym. Dostawałam różne leki, chodziłam od specjcalisty do specjalisty, od badania do badania, lądowałam na SORze z gorączką i bólem brzucha nie do wytrzymania. Przeszłam wszystkie nieprzyjemne -skopie. Czułam się źle po wszystkim, co zjadłam. Chudłam i chudłam.

Po trzech, czy czterech miesiącach dostałam diagnozę – IBS (zespół jelita drażliwego), zapalenie błony śluzowej żołądka, refluks. O IBS usłyszałam wtedy po raz pierwszy. Kolejna hipsterska przypadłość – pomyślałam. Tak moje choroby nazywała przyjaciółka z liceum. Przepisano mi na to baterię leków i lekkostrawną dietę. Któryś z lekarzy na pewno zapytał o stres, któryś wspomniał, że te schorzenia zazwyczaj mają charakter psychosomatyczny. Czy ktoś zaproponował konsultację psychoterapeuty lub psychiatry? Nie.

To dopiero początek

Przez kilka miesięcy trzymałam dietę, brałam leki, waga stanęła na 45 kilogramach. Samoocena leciała w dół, dolegliwości gastryczne są mało seksi, wiszące dżinsy, wystające kości i brak piersi też. Szczególnie, gdy wszyscy myślą, że komentowanie wagi chudych jest ok. A może w ogóle o tym nie myślą. Jakby tego było mało mój brzuch żył własnym życiem i nieproszony wydawał dziwne dźwięki. Lubił się odzywać zwłaszcza w pracy lub na spotkaniach towarzyskich.

Po blisko roku, te wszystkie IBSy i refluksy przycichły (co nie oznacza, że zupełnie odpuściły). Radość nie trwała jednak długo. Odezwał się kręgosłup. Bez ostrzeżenia wylał na mnie wszystkie swoje żale. Leki nie bardzo pomagały. Któryś fizjoterapeuta zwuażył zwyrodnienia po chorobie Scheuremana (jałowej martwicy kręgosłupa), a ortopeda się z nim zgodził i wysłał mnie na rezonans. Przez ciągły ból i uziemienie w domu czułam się coraz gorzej psychicznie, traciłam energię i motywację. Znów zaczęłam krążyć: neurolog, ortopeda, fizjoterapeuta, osteopata. To osteopata polecił pogrzebać głębiej – przyjrzeć się lękom i niekontrolowanym łzom, które nieustannie napływały do oczu podczas wizyty. Trafił w samo sedno. A ja trafiłam na pierwszą w życiu psychoterapię.

Niezależnie od niej zadbałam o kręgosłup – badania, konsultacje, fizjoterapie, regularny basen. Wreszcie nauczyłam się pływać. Unoszenie się na wodzie nie miało większego sensu i nie pasowało do dziewczyny z Warmii i Mazur, z miejscowości o wdzięcznej nazwie Jeziorany, otoczonej przez liczne naturalne zbiorniki wodne. Nie, to nie te Jeziorany ze znanego słuchowiska.

Głowa cierpi, cierpi ciało

Powoli zaczynałam to rozumieć. Im więcej napięcia, tym gorszy ból brzucha, pleców. W między czasie doszły kolana, szyja, ramiona i praktycznie wszystkie inne części ciała – nawracające stany zapalne, chroniczne bóle. Pojawiły się też migreny, szczególnie po pominięciu posiłku, albo silnie stresujących sytuacjach. Do tego problemy z tarczycą, ciągłe infekcje – zatoki, zapalenia ucha i inne.

Jak widzisz, nie kłamałam z tym sypaniem się, choć bardzo bym chciała.

Dlaczego o tym piszę? Przecież nie ma się czym chwalić. Owszem. Wystarczy, że czułam się jak kretynka tłumacząc znajomym, dlaczego nie mogę jeść tego, robić tamtego albo spędzając wyjazd służbowy w toalecie. Ale piszę, bo być może byłoby tego wszystkiego mniej, gdyby ktoś wcześniej powiązał jedno z drugim i zauważył, że jak na moje dwadzieścia parę lat, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną i niewiele używek, tych dolegliwości jest bardzo dużo, a przyczyny dziwnie trudne do zidentyfikowania. Piszę, bo być może cierpiałabym mniej, gdybym wcześniej posłuchała mojego ciała i skoncentrowała się na przyczynach, a nie zagłuszaniu objawów.

Piszę w końcu i przede wszystkim po to, żebyś Ty w razie potrzeby o siebie zadbał/a.

Dolegliwości psychosomatyczne to czubek góry lodowej          

Według definicji WHO choroby psychosomatyczne to choroby przebiegające albo pod postacią zaburzeń funkcji, albo zmian organicznych dotyczących poszczególnych narządów czy układów, w przebiegu których czynniki psychiczne odgrywają istotną rolę w występowaniu objawów chorobowych i ich zaostrzeniu”. Znaczącą lub kluczową rolę w ich występowaniu odgrywają stres, wewnętrzne konflikty, emocje: złość, lęk, frustracja, smutek, zwłaszcza te tłumione, albo stale przeżywane, te, z którymi nie możemy sobie poradzić.

To dlatego Ci, którzy zmagają się z psychosomatami zazwyczaj chodzą od lekarza do lekarza, biorą kolejne leki, a poprawa, jeśli w ogóle nadchodzi, to na krótszą lub dłużą chwilę. Zazwyczaj dopiero po zidentyfikowaniu trudności emocjonalnych, które leżą u podstaw napięcia i objawów somatycznych możliwa jest trwała poprawa. Leczeniu na poziomie fizycznym (leki wyciszające objawy, uśmierzające ból) powinno więc towarzyszyć działanie na poziomie psychicznym i emocjonalnym (psychoterapia, zmiana stylu życia, stosowanie technik relaksacyjnych, a czasami farmokologia).

Choroby psychosomatyczne, czyli jakie?

Do chorób psychosomatycznych zalicza się m.in. choroby wrzodowe układu pokarmowego, choroby jelit, nadciśnienie, reumatoidalne zapalenie stawów, niektóre choroby jelit i tarczycy, migreny, zaburzenia snu. Czym innym, ale wymagającym podobnej odpowiedzi są dolegliwości psychosomatyczne. W przeciwieństwie do tych pierwszych nie muszą one dawać widocznych oznak w badaniach (np. stanów zapalnych), ale utrudniają funkcjonowanie. Możemy do nich zaliczyć bóle kręgosłupa czy napięciowe bóle głowy. Łączy je to, że w obu przypadkach reakcja fizyczna na długotrwały stres może być odroczona w czasie, a dolegliwości przewlekłe.

Jest jeszcze trzecia grupa, czyli zaburzenia nerwicowe. W ich przypadku dolegliwości fizyczne takie jak biegunki, bóle brzucha, kołatanie serca, czy częste robienie siku łatwiej powiązać z przyczynami. Są one zazwyczaj bezpośrednią reakcją na sytuację stresogenną czy wywołującą lęk.

Ja mierzyłam się i mierzę ze wszystkimi trzema upierdliwościami losu. Dziś bardzo dostrzegam zależności emocjonalno-fizyczne. Na bazie własnego doświadczenia, a nie suchej teorii, polecam mnożącym się chorobom i objawom somatycznym przyglądać się z głębszą refleksją niż klasyk w rodzaju: pójdę do lekarza, dostanę leki i jakoś to będzie. Albo jeszcze gorzej – pójdę do apteki, na pewno można się podleczyć czymś dostępnym bez recepty. A zwolnienie? Kto normalny ma w dzisiejszych czasach ma na nie czas? Produktywność i zwolnienie się wykluczają. No właśnie, a objawy somatyczne są często  sygnałem, że po prostu pora zwolnić i o siebie zadbać. Nie ignorujmy ich.

Byłoby lepiej, gdyby ciało nie musiało co jakiś czas do nas krzyczeć, że ma dość. Od czegoś jednak trzeba zacząć, najlepiej od wsłuchania się w ten krzyk – samodzielnie lub z czyjąś pomocą. Do tego zachęcam. Dbanie o siebie i swoje zdrowie to nie hipochondria, choć wielu z nas (w tym ja) ma problem z ich rozróżnieniem.

***

Więcej przeczytasz w:

Psychosomatyka ‒ kiedy choroba zaczyna się w głowie…, Joanna Germak w rozmowie z psychoterapeutką Agnieszką Iwaszkiewicz, HelloZdrowie – o psychosmoatyce w skrócie

oraz Dlaczego Zebry nie Mają Wrzodów?, Robert M. Sapolsky – świetna książka dla bardziej dociekliwych, jestem w trakcie czytania.